plecaki damskie promocja - nowinko - Już niedługo zaczyna się sezonowa promocja plecaków damskich
Na trasie Polska Anglia i Anglia polska przewozimy łądunki gabarytowe, cześciowe drobnicowe, małe paczki i przesyłki ekspresowe. usługi transportowe Polska Anglia Przemieszczamy się przez kraje europejskie i utrzymujemy slidny kontakt z klientami.
dotacje Bełchatów facebook opinie usługi księgowe Bełchatów 1 maja 1     
  Tanio zestawy e papierosów   mobilgarázs 3x5
itemscope itemtype="https://schema.org/WebPage">

Dziennik Ricka Stevesa „Szlak hippisowski” 1978, część 4

Wraz z upadkiem Afganistanu zacząłem rozmyślać o moich doświadczeniach z podróży do tego kraju jako 23-letni podróżnik z plecakiem na „hipisowskim szlaku” od Istambułu do Katmandu. Wczoraj i dziś jest to biedny, ale potężny kraj, którego obce mocarstwa nie rozumieją i nie doceniają.

W tym wpisie z 1978 roku, jedziemy razem, przemierzając 500 mil przez Afganistan i zwiedzając stolicę kraju, Kabul.

Wtorek, 1 sierpnia 1978 r.: Herat – Kabul

O 4:00, zostaliśmy obudzeni i była martwa noc. Nikt nie powinien być obudzony o tej godzinie, ale ja siedziałem na brzegu łóżka. Zjedliśmy melona i złapaliśmy nasz 5:00 Qaderi autobus do Kabulu.

Autobus był zorganizowany, punktualny, i ruszyliśmy. Świt pękał, a śpiący na chodnikach zaczęli się budzić. Nasz hałaśliwy autobus głośno trąbił, jakby przygotowywał się do 800-kilometrowej jazdy, która czekała na nas. Droga była dobra i utrzymywaliśmy dobrą prędkość, zatrzymując się tylko na szybką colę przez cały ranek. Krajobrazy były opustoszałe, gorące i niepokojące. Stado wielbłądów, zbłąkany koczownik lub grupa cichych namiotów, ruiny z cegły błotnej topniejące jak zamek z piasku po uderzeniu fali i samotna linia elektryczna towarzyszyły wąskiej, ale dobrze wybrukowanej, zbudowanej przez USA i ZSRR drodze przez afgańską pustynię. To naprawdę nie była malownicza przejażdżka, ale po 14 godzinach jazdy doceniłem ogrom tego 10-milionowego kraju.

Mieliśmy krótki postój na lunch, gdzie Gene i ja wypiliśmy Fantę i trochę orzeszków, a ja użyłem trochę mojego obiektywu z zoomem, po czym pojechaliśmy dalej. To była najwspanialsza przejażdżka. Nasz kierowca faktycznie chciał utrzymać dobre tempo. Krajobrazy nie zmieniły się przez cały dzień. Te same leniwe, głupkowate wielbłądy i senne szaro-brązowe miasteczka z zamkami w błocie mijały się z górami w tle. Po południu mieliśmy trzy przystanki na modlitwę do Mekki, a gdy zapadł zmrok, wjechaliśmy do Kabulu. Gene nie czuł się dobrze, więc wzięliśmy taksówkę na turystyczną „Chicken Street” i znaleźliśmy najładniejszy hotel, jaki mogliśmy – niezbyt ładny, ale w porządku, Sina Hotel.

Gene poszedł prosto spać, podczas gdy ja zjadłem marną kolację z sympatycznym studentem z Filadelfii, który przyjechał tu uczyć się języka. Jestem rozpieszczony po naszym wspaniałym hotelu w Heracie.

No cóż, jestem w Kabulu. Wyobraźcie to sobie – tak blisko mojego marzenia – przełęcz Khyber i Indie. Wierzę, że jestem ponad połowę drogi dookoła świata z Seattle. Będę musiał sprawdzić na globusie. Mam nadzieję, że Gene czuje się lepiej – a ja nadal dobrze – rano.

Środa, 2 sierpnia 1978 roku: Kabul

Błędem jest kłaść się spać bez zegarka. Spałem dobrze, ale wstałem za wcześnie. Gene był w dość smutnym stanie, więc został w łóżku. Na śniadanie zjadłem melona, dużą marchewkę, dwa gotowane jajka i herbatę na dziedzińcu hotelu Sina. Dziś od początku byłem wyluzowany, bo wiedziałem, że mamy dwa dni w Kabulu i nie ma się czym ekscytować. Rozmawiałem z Niemką, która właśnie dochodziła do siebie po ośmiodniowej walce z „teherańskim brzuszkiem” i chciała wracać do domu. Dom to bardzo miła myśl, kiedy podróżujesz do Indii. Jest jeszcze bardziej niebiańska, kiedy jest się chorym.

Zabierając się do roboty, poszedłem do pakistańskiej firmy autobusowej i kupiłem bilety na przejazd przez przełęcz Khyber do Pakistanu w piątek rano. Następnie, z kilkoma niewiarygodnie uporczywymi chłopcami od czyszczenia butów, którzy mnie śledzą, wpadłem do pakistańskiej ambasady i zostałem z radością dowiedzieliśmy się, że Amerykanie nie potrzebują wiz, by podróżować po Pakistanie. Byliśmy gotowi. Wow – Khyber Pass, Pakistan, a potem dalej do Indii!

Po powrocie do hotelu sprawdziłem, co u Gene’a. Wciąż czuł się bardzo zmęczony. Przyniosłem mu specjalną magiczną herbatę i dwa gotowane jajka, po czym pokręciłem się tu przez chwilę. Miał tendencję do poszczenia i odsypiania.

Było już całkiem gorąco, gdy wyruszyłem, by objąć Kabul, co było niełatwym zadaniem. Nie miałem żadnej mapy ani informacji. Naprawdę nie mogłem się zorientować w tej zbitej, zbitej stolicy. Miasto jest jak gigantyczna wioska rozciągająca się wzdłuż kilku dolin, które się łączą. Wydaje się kochać swoją smutno wyschniętą rzekę, która ma bardzo mało wody z szerokim i skalistym dnem. Było gorąco i zakurzone, cień był rzadki, a ja czułem się bardzo oczywisty będąc sam i nosząc moje szorty. Mimo to, chodziłem i wędrowałem obejmując sporą część Kabulu.

Przeszedłem przez kilka bardzo obskurnych części, na próżno szukałem informacji turystycznej i złapałem taksówkę do Muzeum Kabulskiego. To była długa jazda, a on zaciekle opierał się 40 afganom, które mu zapłaciłem. Chciał 60. Pomyślałem, że 40 to bardzo uczciwa cena i w końcu, żeby go zgubić, zapłaciłem 50. Potem dowiedziałem się, że muzeum, które przyszedłem zobaczyć, było zamknięte. Czując się nieco sfrustrowany i zdołowany na ludzi, którzy wyśmiewali się i gromadzili wokół mnie, wskoczyłem do zatłoczonego autobusu i pojechałem nim do końca, który był dokładnie tam, gdzie chciałem być. To było ruchliwe miejsce. Jedyne prawdziwe miasto w Afganistanie, w którym znajdowało się sporo dużych budynków i wymyślnych instytutów. Ale plemienny chaos przenikał wszystko. Wokół nowoczesnego domu towarowego siedzieli starzy mężczyźni z mnóstwem pomidorów, małe dziewczynki sprzedające małe limonki, stosy melonów spadziowych z facetem siedzącym na szczycie i palącym haszysz.

Sprawdziłem elegancki hotel i usiadłem w chłodnym barze, popijając colę i jedząc chleb miłej dziewczyny, a potem wszedłem na górę „afgańskiego sklepu”, najbliższej rzeczy do zachodniego domu towarowego, i znalazłem miłą restaurację z pięknym widokiem na brzydki Kabul.

Pewien stary człowiek kazał mi usiąść przy sobie i powiedział: „Jestem profesorem tak i tak. Jak się nazywasz i jaką masz sławę?”. Był bardzo podekscytowany, że będzie mógł zjeść posiłek z Amerykaninem, ale obawiam się, że nie byłem w odpowiednim nastroju i nie byłem zbyt rozmowny. Powiedział mi, że nigdy nie zapomni swojego posiłku z „Panem Rickiem”. Nauczyłem go skali do-re-me i co to jest rzodkiewka. To była jedyna rzecz na moim talerzu, która go zaskoczyła. Odszedł, a ja dokończyłem swój posiłek pod milczącymi spojrzeniami innych jadłodajni, po czym udałem się do domu.

Dowody niedawnej rewolucji są wszędzie. Nasz autobus został sprawdzony (przypuszczam, że pod kątem broni) przy wjeździe do Kabulu, kopie nagłówków z dnia zmiany są wywieszone, obowiązuje godzina policyjna 11:00 i wszędzie są żołnierze z nabitymi bagnetami. Na ulicy widziałem to, co zostało z czołgu, rozwalonego na kawałki i pozostawionego jako przypomnienie, że stary reżim nie żyje.

Później udaliśmy się na nasz przytulny, mały dziedziniec hotelu Sina na łagodny obiad. Pracowałem nad melonem miodowym, obaj mieliśmy gotowane jajka i herbatę. Gene napił się specjalnej herbaty Sina dla chorych. Reszta wieczoru była leniwa i nudna. Nie cieszyłem się na kolejny dzień w Kabulu, ale nie było wcześniejszego autobusu i tak byłoby lepiej dla Gene’a.

Czwartek, 3 sierpnia 1978 r: Kabul

Dziś był dzień pigułek na malarię i koniec naszego trzeciego tygodnia w drodze. Byliśmy u progu Indii, większość z nich to Indie.Praca była za nami, a większość przygód była przed nami. Nasze zdrowie było w najlepszym razie niepewne, ale oboje byliśmy zdecydowani, że nic nas teraz nie powstrzyma. Połknąłem moją super witaminę z cynkiem w tabletkach z czarną herbatą i zjadłem tosty z jajkami, zanim wyszedłem na spacer. Nie miałem na dziś żadnych większych planów – po prostu chciałem spędzić czas i dobrze się bawić.

Przeszedłem się „Chicken Street”, turystycznym punktem wysokiego ciśnienia w Afganistanie, niepomny na niezliczone „Come into my shop mister, just look” i zdając sobie sprawę, że z tych wszystkich śmieci, które wszyscy chcą zobaczyć, nie ma nic, czego naprawdę bym chciał.

Wpadłem do amerykańskiego centrum, żeby trochę poczytać i uciec przed południowym słońcem, a później namówiłem Gene’a, żeby do mnie dołączył. To był pierwszy raz, kiedy wyszedł z hotelu od prawie dwóch dni. Po prostu odpoczywaliśmy i czytaliśmy stare wiadomości. Najnowszy magazyn Time został ocenzurowany przez nowy rząd. Cenzurują każde wydanie z artykułami o ZSRR. Pozostały nam do czytania stare wiadomości. To po prostu nie to samo, ale lepsze to niż nic. Czytanie amerykańskich magazynów w podróży jest jak oglądanie amerykańskiego filmu w podróży – przenosi cię do domu na tak długo, jak długo jesteś w nim zanurzony.

Po chwili leżenia w hotelu włożyłem białe, workowate spodnie Gene’a, wziąłem aparat i złapałem autobus na obrzeża miasta. To miłe uczucie nie wiedzieć lub nie dbać o to, dokąd się jedzie. Po prostu wsiadłem do każdego starego autobusu, zapłaciłem jedno afgani i jechałem nim tak długo, jak chciałem – co było końcem linii. Kierowca autobusu zaprosił mnie na herbatę, zgodziłem się, a gang zebrał się wokół, żeby się gapić. Rany, muszę być naprawdę dziwnie wyglądającym kolesiem dla tych ludzi – mogą się gapić bez końca. Wczoraj wieczorem napisałem wiersz zatytułowany „Afgańskie oczy” o małej dziewczynce, która wpatrywała się we mnie przez pięć godzin podczas naszej podróży autobusem z Heratu.

Założyłem swój obiektyw z zoomem i zawędrowałem do grupy namiotów, w których mieszkała cała społeczność. Naprawdę szkoda, że wstydzili się aparatu. Udało mi się jednak znaleźć wielu Afgańczyków, którzy nie mogli się doczekać, by zrobić im zdjęcie, a ja zrobiłem wszystko, by im to umożliwić. Wskakując z powrotem do autobusu, wkrótce znalazłam się z powrotem w turystycznym świecie „Chicken Street”.

Gene był zmęczony zamknięciem w klatce i w końcu miał apetyt. Ja sam miałem małe problemy z luźnym stolcem i po kilkukrotnym skorzystaniu z toalety, poszliśmy powoli ulicą w poszukiwaniu obiadu.

„Steak House” wpadł mi w oko, kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy do Kabulu, więc teraz chcieliśmy go wypróbować. Nie liczyłem na nic fantastycznego – po prostu miałem nadzieję. W rzeczywistości dostałam bardzo dobry stek i warzywny obiad za mniej niż dolara, do tego zupę i dzbanek herbaty. To wspaniale trafiło w oba nasze gusta. Po posiłku, zrobiliśmy małą zmianę pieniędzy – pozbywając się naszych irańskich i tureckich pieniędzy i dostając 50 pakistańskich rupii.

Czuliśmy się lepiej po tym dobrym posiłku i wróciliśmy do domu. Wieczór spędziłem na dziedzińcu nadrabiając zaległości w tym dzienniku, naprawiając pasek na moim plecaku i delektując się herbatą i kasetą Fleetwood Mac. Dobrze będzie być jutro znowu w ruchu.

Bycie tak bogatym (nawet jako nisko postawiony backpacker) i tak białym w tym biednym i zmagającym się z problemami zakątku naszego świata stawia mnie w dziwnym wiązaniu jako podróżnika, które chciałbym zmienić. To trochę smutne, ale zdałem sobie dziś sprawę, że mam tendencję do budowania muru między mną a potencjalnymi przyjaciółmi w tej pozaeuropejskiej części świata.

świat. W Europie uwielbiam rozmawiać z ludźmi i nawiązywać przyjaźnie. Jest to nawet główny powód moich podróży tam, ale tutaj coś stoi na przeszkodzie. Myślę, że wiele z tego to podejrzliwość, brak zrozumienia i zmęczenie. Ponadto większość ludzi, których spotykam w okolicy, a którzy mówią po angielsku, wydaje się mówić po to, by zarobić na turystach. Chciałbym mówić w lokalnym języku, ale nie mówię.

(To jest wpis w dzienniku #4 z pięcioczęściowej serii. Stay tuned for another excerpt tomorrow, as 23-year-old me travels from Kabul over the fabled Khyber Pass to Pakistan).


Czytaj dalej: https://blog.ricksteves.com/blog/my-1978-hippie-trail-journal-500-miles-across-afghanistan-from-herat-to-kabul/

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *